Hoody - On & On
- hangukhiphop
- 25 kwi 2019
- 3 minut(y) czytania

Ostatnie tygodnie noszenia listów to EP "On & on" z końca 2016 roku, made by Hoody, podopiecznej Jay Parka. 8 kawałków + instrumental. No i okładka do bólu kojarząca się z "Souled Out" Jhene Aiko.
Wpierw moim numerem jeden było wstępne "By Your side", bo gdy Hoody zaśpiewa już rozpoczynający kawałek refren z najbardziej wydymaną linijką w historii muzyki (czyli "baby, u drive me crazy")... wchodzą wyjebane, kojące zmysły rhodes'y, na których chce się płynąć do chmur, po zielonych falach... czegoś tam... Zajebisty, wyjebany, chill-outowy, relaxowy klimat, w którym można by spędzić żywot cały. A do tego luźna, swobodna linia wokalna na zwrotkach z tym "para-ram pam pam pam..." i aksamitny głos Hoody, gdy śpiewa "having a good time in the sunshine". Świetny numer.
Dalej są 3 fajne historie miłosne, jedna z Jay Parkiem (klip chujowy), milutkie "The Light" i pretendujące do miana sexualnej czekolady i tryskania nasieniem "Lust", w której Elo zaprezentował swój głos nader przyzwoicie, toteż będzie trzeba sprawdzić tego Pana w przyszłości niedalekiej, zaiste, ajakże.
W kawałku "Forest" lekko się gubię i nie wiem, jakie uczucia miał on przekazywać. Wg mnie bowiem każdy kawałek ma przekazywać, wzbudzać określone uczucia - "Forest" wzbudza jedynie niepewność - być może o to chodziło. Tak czy inaczej słabo mnie on kręci. Można by go puszczać na soundtracku do Dantego, kroczącego ciemnym lasem w "Boskiej komedii".
Lepszy jest "Need You" z chwilami, nieco old-schoolowym bitem... ale zbyt częstymi, jak dla mnie zmianami tempa i nastroju. Całość dodatkowo psuje Dok2, raper z którym spotykam się co jakiś czas i którego zawsze opuszczam ze względu na jego głos przywodzący mi na myśl Tedego na kiblu - takie eeeee. Ogólnie niezły numer, z ciekawym bitem Gray'a, o którym wkrótce napiszę.
Ok, cały ten wstęp był jedynie pretextem do napisania o kawałku "Like You", również wyprodukowanym przez Graya (yeah, credits). "Like You" to pieprzona perełka. Mianem perełek określam słodkie piosenki, które oczarowują uszy, jak perły babskie oczy. Ten numer rozpływa się w uszach. 100 %, zajebiste RnB z typową dla takich perełek melodią urwaną przed końcem pętli (pamiętacie te wszystkie urwane gitarki z początku XXI wieku?). Tempo jak do robienia dzieci i nawet zamiast werbli pojawiają się pluski wody - bliziutko do sexualnej czekolady. Piękny numer, z nutką nieszczęścia i refrenem, w którym najbardziej sexowne są zdania pod głównym wokalem, takie dziewicze i niewinne. Gdyby ten numer nagrała Beyonce, byłby to międzynarodowy, międzyplanetarny hit do nucenia na Jowiszu, a Queen B mogłaby już do końca życia koncertować po wschodniej Europie, ale że nagrała go Koreanka z lekkim zezem, to niestety zna go tylko 660 tysięcy Koreańczyków i jeden Polak pod Łodzią. Jedyne do czego można się przypieprzyć przy tym numerze, to słaby klip, który jest zbyt wolny (bo w zwolnionym tempie) przy i tak przecież nieco małej prędkości posuwistej samego utworu, przez co całość może wydawać się nieco nudna dla niezaprawionego w arenbijowych bojach słuchacza.
Płytę kończy tytułowe "On and On", które jest "czymś w rodzaju snu na jawie", a jak wiadomo - "kasowe, to to nie będzie". Nimfy wodne robiły furorę tylko XIX wiecznych balladach romantycznych, więc niestety przy całej sympatii dla Hoody... no słaby jest to kawałek i raptem kilka wersów wstrząsa w nim mym sercem.
Reasumując, płyta nie jest genialna, ale bardzo przyzwoita - 2 zajebiste kawałki, 4 dobre i 2 przeciętne na 8 ogólnie, to naprawdę niezły wynik. Trzymam kciuki za Hoody, czekam na jej nowe kawałki - jeśli ktoś ma taki fajny głos i nie waha się go użyć, to prędzej czy później powstanie drugie "Like You", a łóżka spłyną nasieniem. Miłość, miłość i jeszcze raz miłość.
Wpis opublikowany na blogu od 18 lutego 2017, sobota, 21:52.
Comments