Ph-1 - The Island Kid
- hangukhiphop
- 25 kwi 2019
- 2 minut(y) czytania
Zaktualizowano: 29 kwi 2020

Ph-1 to Pak Dżun Łon, urodzony 23 lipca 1989 roku w Seulu. W wieku wzrostu włosów łonowych przeniósł się on do Nowego Jorku, gdzie spędził 15 lat, ukończył Boston College, planował zostać dentystą, ale skończył jako web developer, tworząc aplikacje, po czym postanowił wrócić do Korei, by zająć się muzyką, w której szczególną uwagę przykłada do melodyjności swych textów i byciu dobrym chłopcem, który nie używa przekleństw i nie porusza tematyki narkotyków, sexu i pinindzy, bo podobnie jak wspominany ostatnio BewhY, Ph-1 jest żarliwym katolikiem. Wszystkie swoje dotychczasowe EPki wydaje w H1GHR Music, a pierwszą z nich, tj. opisywaną dziś "The Island Kid" wydał 18 października 2017r. W roku 2018 Ph-1 się zbytnio nie oszczędzał, wydając aż 4 kolejne EPki i występując w, jak przystało na koreańskiego rapera, "Show Me The Money 777".
Kłopot z Pak Dżun Łonem jest taki, że strasznie się chłop rozdrabnia w tym, co robi i niemal wszystkie jego wydawnictwa zawierają tylko 2 kawałki, więc choć przesłuchałem całą jego dyskografię, to streszczenie i omówienie jej zawierałoby więcej cudzysłowów, tytułów płyt i utworów niż samej treści. Po co wydawać co 3 miesiące kolejną EPkę zawierającą zaledwie 2 piosenki zamiast zebrać większą całość, jak choćby w przypadku "The Island Kid"? Nie wiem. Chyba Ph nie uznaje albumów, tylko utwory - nowocześnie, ale jakby bez duszy.
Wracając do dzisiejszej płytki, chłopak z wyspy, łowiący sobie rybki jest przyjemny, sympatyczny, pozytywnie nastawiony i religijny, więc jeśli podoba Wam się choćby "Iffy", jeden z ostatnich singli z jego udziałem, to ogólnie, melodyjny styl Ph-1'a powinien przypaść Wam do gustu. Mnie przypadł, bo to takie połączenie Loco z Jay Parkiem. Piętna żadnego na muzyce nie odciśnie, ale milej się przy nim listy rozwozi.
Moim #1 jest "Escobar" z Owenem Ovadozem, do którego drugiej płyty zabieram się jak pies do jeża już z pół roku. Świetny, radosny utwór z ciekawym, leciutkim bitem, rytmem i melodią, a nade wszystko (ach, nade) zajebistym refrenem - kto by pomyślał, że nazwisko największego przestępcy narkotykowego, odpowiedzialnego za miliony uzależnień i zgonów na całym świecie wybrzmi kiedyś tak błogo i beztrosko. Ph-1 ma talent do tworzenia chwytliwych linii wokalnych, po których prowadzi swoje zwrotki, jak i refrenów - wie chłop w jakie nuty uderzyć. Równie dobry refren ma utrzymany w tym samym klimacie co "Escobar", singlowy "Donut" z Jay Parkiem i czterema roztańczonymi pracownicami fabryki pączków Hp, tzn. Ph. Za serce potrafić chwycić otwierający płytę "Christ", kawałek w stylu BewhY'ja o katolickiej tematyce, wierze, oddaniu i "surfowaniu z Chrystusem" przez życie. Tylko po co pod tymi słowami wrzucono jakieś pianinko, które zdaje się nie trafiać w tonację i być na granicy kakofonii? Drażni mnie za każdym przesłuchaniem. "Game Night" i "Cuckoo" może nie są hitami, ale w swojej nocnej aurze każdy z nich ma kilka przyjemnych akcentów i linijek. Najsłabszym numerem wydaje mi się "'15" z lubianym przeze mnie jedwabistogłosym G.Soulem. Wiele razy próbowałem znaleźć w tym kawałku coś ciekawego, ale nie udało mi się - przeciętny bit, który nie wywołuje żadnych konkretnych emocji; refren również bez fajerwerków. Ano, nie co dzień tłusty czwartek.
Takie 4-/5. Jeden klip:
Wpis opublikowany na blogu od 29 stycznia 2019, wtorek, 15:15.
Comments